Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Albo ja wiem? Od miesiąca przepadł bez wieści. Posądzam go o sentyment dla Boińskiéj; pewnie siedzi u stryja w Buczaczu i do niéj się dopytuje.
— To bardzo nieprzyjemne. Cierpisz?
— Prawie nic. Szkoda mi tylko Malickich i przykro mi z powodu Maryni. Chodźmy!
Idąc ku domowi, mówiła już wesoło:
— Uciechę mam z Sylwestra. Zrazu miał minę dyskretnego pocieszyciela; teraz wygląda jak szpieg i pokątny doradca. Jednak co tydzień się zjawia i bada grunt, podsuwa dwuznaczne przedmioty rozmowy, schnie z żądzy wydobycia nowinki i ploteczki. Jestem pewna, iż myśli, że Oryż, gdzieś tu ukryty, spotyka się ze mną pokryjomu.
— Ależ to absurd! Czy pofiksowali wszyscy!..
— Naprawdę, jam trochę winna! Gdy baronowa z Filipem ukuli tę kombinacyę, tak mnie to ubawiło, żem potakiwała. Oburzyło to społeczeństwo jako bezczelność i lekceważenie opinii, no, i chryja się stała straszna. Chciałabym widzieć minę Oryża, gdyby o tém usłyszał. A toby mi nagarnął impertynencyi!
Spojrzała w górę ku oknom swojego mieszkania.
Znalazły w saloniku Malickich i Sylwestra. Magda serdecznie powitała doktorową i zaraz się wytłumaczyła po swojemu, szczerze, z opóźnienia.