Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie spodziewałam się pani, więc się nie śpieszyłam z powrotem. Myślałam, że pani wie o ostracyzmie, który mnie dotknął.
— A jakże, wiem! — odparła doktorowa obojętnie — ale chłopak mój przechodził odrę, wiec nie mogłam cię odwiedzić.
Doktor, jak sęp, rzucił się na Berwińską. Nie witał, nie pytał, tylko począł krzyczeć:
— Czy pani ma sumienie hodować taką anemię! Żelaza, żelaza, wina, morskich kąpieli! To zgroza, co wy dokazujecie!
A Sylwester zbliżył się do Magdy i spytał z uśmiechem starego satyra:
— Co słychać z „Salamandrą?“ Ludzie mówią, że pani się nią pilnie opiekuje...
— Zrezygnowałam dzisiaj z opieki, bo Filip stanowczo malować nie chce. A szkoda, obraz zapowiadał się bardzo świetnie.
— Nie każdy zdolny jest kochać i pracować zarazem. Baronowa jest wyłączną, nie znosi nikogo i nic wobec siebie. Tylko gusta jéj bywają krótkotrwałe! Słyszałam już o następcy pana Filipa.
— Ejże, tyle jest plotek, że nie uwierzę, aż fakt zobaczę! Miłość Filipa warta większéj nagrody, niż fantazyi. Może ona ją oceni!
— Pani jéj broni? Nie warto!...
— Zawsze warto szukać dobrego i nie sądzić