Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bezwzględnie. Mnie tembardziéj nie godzi się potępiać baronowéj, więc mów pan o czemś innem.
— Trudno, bo całe miasto mówi tylko o téj parze.
— A to podziwiam pańską cierpliwość, bo mnieby to nudziło po kwadransie!
— Pani ma własny temat! — uśmiechnął się z pozorną dobrodusznością.
— Tak, i o wiele bogatszy — odparła poważnie.
Zwróciła się do doktorowéj i poczęły rozmawiać o chorobie malca. Sylwester, zbity z tonu, podszedł do Malickiego, który, spiorunowawszy Berwińską, burczał teraz na majorową, że nie pilnuje dziewcząt w szkole, aby miały szczepioną ospę.
— To powinno być załatwione przed pacierzem i alfabetem. A przytém co tydzień wanna. Ja oto składam dwadzieścia reńskich: niech ich pani użyje na kąpiel. Dziecko syte, czyste i zajęte w miarę pracą daleko prędzéj pojmie katechizm. Przekona się pani! Niechlujstwo jest pierwszym krokiem do złego. Jak sobie chcecie, nazwijcie mnie manijakiem, ale zaręczam, że w niższéj klasie takiż wpływ na cnotę ma mydło, jak w wyższé honor i zasady!
Zaperzył się, gdy Magda się roześmiała.
— Was to bawi, a to jest zupełnie poważne.
— Ależ ja wierzę, doktorze — broniła się. — Zaśmiałam się, myśląc, jakby to wygodnie było