Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wychylił, dojrzeli go krytycy. Kto? co? zkąd? Czemu się z nimi nie poznał? Czemu potentatom się nie pokłonił? jak śmie obchodzić się bez nich! Powstało oburzenie, obraza. Mówię mu, gdym to zwąchał: „Wacek, zapoznaj się ze starymi i z krytykami, bo będzie źle!“ Chłop się nie wzdragał nawet, ale zapomniał, zwlekł, zajęty robotą. Daje trzeci obraz... znowu sprzedał. Aż tu jak gruchną krytyki! Odsądzili go od talentu, zwymyślali publiczność, że takie nędze kupuje, oszkalowali jego życie prywatne, wydrwili go, odarli, jak hyeny trupa... do kości. Jeden za drugim, dzienniki powtarzały to samo, żeby, broń Boże, nie okazać się gorzej poinformowanym. Wacek przeczytał i zdrętwiał. Jak nożem uciął... przestał tworzyć. Jakiś czas był jak martwy, potém przecie się otrząsnął: podgwintowałem go. Zrobił śliczny rodzajowy obrazek „Powrót rekruta.“ Znowu wrzask powstał. Krzyczano nawet na zarząd wystawy, że podobne nędze przyjmuje; pisano tyle, że nikt kupić nie ośmielił się, zarzucano mu, że kopiuje niemieckie oleodruki, ze złości i jadu dochodzili do absurdów. „Pluń na nich i maluj daléj — radziłem mu — i nie czytaj téj bibuły.“ Wacek istotnie przestał czytać, ale i przestał malować. Zaczął się po knajpach włóczyć, potém po szynkach: „Powiedzieli, żem pijak... niechże będzie ich prawda“ — odpowiadał z dziką zaciętością. Trwało tak rok, coraz niżéj spadał. Aż raz w nocy