Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie trzeba, nie trzeba. Im dłużéj panią zatrzymam, tém lepiéj. Idź no, urwisie, do kościoła i zobacz te cudowności.
Oryż już rezon odzyskał.
— Mnie się chce więcéj kawy, niż cudowności! — odparł, idąc jednakże za Magdą.
Kaplicę zdobiły trzy freski. Środkowy, już wykończony, przedstawiał Dziewicę, dwa boczne, jeszcze nie gotowe, Matkę i Królową.
Zadumał się Oryż, wpatrzony w nie, i nie rzekł nic, ni pochwały, ni krytyki. Artystka weszła na rusztowanie i wzięła się do roboty z zapałem, który ją całkowicie pochłaniał; proboszcz, wyrzuciwszy setkę wykrzykników, poszedł na kawę, wzywając łaskawie synowca, a Oryż wciąż stał nieporuszony i rozmyślał...
Nie poznawał sposobu malowania Magdy.
Ta Dziewica była wcieleniem ekstazy, była czémś nieziemskiém, tak duchowém, że, zda się, przyszła tu na słońca promieniu i lada chwila w górę uleci.
— I co dla takiéj duszy ludzie znaczą? Jak promień, sobą zostanie — w piwnicy i śmieciu. A jam myślał, że ją co złamać może!
— Mówże pan cokolwiek! — odezwała się Magda z góry.
Oryż, nie odrywając oczu od fresków, jął mówić przyciszonym głosem: