Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nek śmierci, zadeptującéj pochodnię i napis: Securitati perpetuae.
Wtedy wyprostowała się i rzekła poważnie:
— Nazwiemy to: Kult pamięci! Dziękuję panu za akompaniament!
— Magda, gdzie się podział Filip? — zawołała majorowa, zaglądając przeze drzwi.
— Posłałam go po fotografie z podróży. Mamy go z obiadem nie czekać, bo miał wstąpić do pracowni.
— Uhm! do pracowni! — zamruczał Oryż, ale urwał, skarcony wzrokiem Magdy.
— Zawsze coś robicie nie w porę. Mógł to załatwić po obiedzie! — burczała majorowa, odchodząc.
— Nie wspominaj pan téj baronowëj. Bo i poco! — rzekła artystka półgłosem. — To położenia nie poprawi, a rozdrażni ją niepotrzebnie i jego do nas zniechęci.
— Są ludzie, którym się wszystko wybacza, bo są albo niczem, albo wszystkiem. Jestem pewny, że Osiecki jest wszystkiem dla pani, i będę już milczał! — odparł Oryż, ruszając pogardliwie ramionami.
— Byłeś pan dzisiaj u Boińskiéj? — spytała, nie podnosząc kwestyi.
— Byłem. Okarmiliśmy chłopca i znowu się pogorszyło. Ale zna pani ich historyę?
— Nie; zkądże?
— Ja znam ze wspomnień młodości. Mam w Bu-