Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


witać — wybrany mój — a tyś był wybranym śmierci. Ubiegła mnie, i tyś się jéj oddał bez boju i wahania, jako zalotnicy z Cypru!
„O, śmierci! Snadz uścisk twój słodki, a pocałunek twój nad wszystkie moce, jeśli się nikt jeszcze tobie nie wydarł i nikt ciebie nie zdradził. Godnaś ofiary, godnaś czci, godnaś fletni i kwiatów, o ty najwierniejsza, o ty najcichsza, o ty najwstydliwsza w swéj tajemnicy“.
Jako wynagrodzenie za swą szpetną twarz otrzymał Oryż od natury głos bardzo giętki i głęboki. Mówił, jakby śpiewał, gdy umyślnie dźwięku nie fałszował. Magda słuchała z widoczną przyjemnością; gdy umilkł, podniosła nań oczy z żalem.
Czy on szedł w swéj improwizacyi za jej rysunkiem, czy ona natchnienie brała z téj pogańskiéj elegii; ale na papierze był grobowiec, który młoda dziewczyna stroiła w wieńce z róż i narcyzów i, wpatrzona w napis na marmurze, zdawała się śpiewać to właśnie, co Oryż deklamował.
— Mów pan jeszcze! — szepnęła.
„O, wybrany mój, porwanyś z ziemi, jako ukochany bogów — wcześnie i szybko. Zerwanyś jako Hyacynt dłonią Apollina, jako Hylas ukołysanyś przez nimfy. Przecz cię opłakiwać mam, gdyś zagrzebany, jak Adonis, przez Wenerę w niebiańskich rozkoszach!“
Pod dłonią Magdy na marmurze wystąpił rysu-