Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kem prawa katoliczka. Bądź-że sobie kapłanką, bo do niczego więcéj nie jesteś zdatna. Zastanów się, w jakim stanie byłby obiad twego męża i jego bielizna! A téż dzieciska nieszczęsne odraza dla uratowania ich od śmierci trzebaby oddać do podrzutków!
— To jest projekt genialny. Idę za mąż! Rozwiązałaś jedyną kwestyę, która mnie powstrzymywała w oddaniu ręki i serca panu Sylwestrowi.
— Tobie wszystko służy za powód do śmiechu. Rany Pańskie, ktoś dzwoni! To pewnie baronowa do portretu, a tutaj kurzu i śmieci po kostki! Otwórz okno, niech tylko terpentyna wywietrzeje.
— Ani myślę. Terpentyna utrzymuje moje makaty od najścia moli, a mnie jest koniecznie do życia potrzebna. Dawajże tu tę belladonnę.
Wstała dość opieszale i zrzuciła zasłonę ze stalug. Ukazał się napół podmalowany portret bardzo pięknéj kobiety w stroju balowym. Cała w bieli, stała wyzywająca, chłodna, na tle wschodniéj makaty.
Portret przepysznie się zapowiadał, wart sławy Magdy Domontówny, która przed rokiem dostała złoty medal w Salonie paryskim.
Spojrzała na swe dzieło i, umaczawszy szmatę w terpentynie, starła fałdę materyi, potém pilnie zaczęła ją przemalowywać.