Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kolanach wsparł i odrzekł pierwszy raz w życiu bez szyderstwa i złośliwości:
— Baron Faustanger pojechał nad Rivierę, żeby żonę odzyskać, a że ja tego bagażu nie posiadam, więc nie miałem po co tam jeździć.
Filip chwilę patrzał na niego błędnie, potem skoczył naprzód, jakby go zadławić chciał.
— Kłamiesz! — krzyknął ochrypłym głosem.
Oryż ramionami ruszył.
— Nie należę do tak zwanego „towarzystwa“, więc nie zadaję sobie fatygi kłamać. Pisał do mnie wczoraj, że się z żoną pogodził i że jadą do Sokolina, do teściowéj. Myślałem, że pan już wiesz o tém. Jeślim pierwszy to oznajmił, to mocno żałuję.
Filip stał jak skamieniały. Teraz miał całą prawdę — nagą, zimną, nieubłaganą, jak śmierć; musiał jéj w oczy patrzéć, zwyciężyć lub uledz.
Taka straszna nędza i rozpacz odmalowała się na jego twarzy, że go nawet Oryż pożałował: zapomniał, że go nienawidzi, że z jego racyi on podobnież cierpiał.
Wstał, słuchając pierwszego porywu litości, pod ramię go wziął i rzekł:
— Chodź pan ztąd!
Filip się nie opierał. Machinalnie dał się prowadzić, wsadzić do gondoli, wieźć, nie pytając dokąd.
Oryż zawiózł go do mieszkania, chciał zostawić samego, ale się bał pierwszego wybuchu po znieczu-