Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Domuntównę i w niéj się nie zakochał, to niemożliwe.
— A cóż to kobieta — knajpa, żebym ją pokochał i przywyknął? Ta w Tarnopolu da mi rabat na cygarach, a tamta co?
— Jesteś infamis. Miała téż kogo panna Magda tak bronić i chwalić!
— Mnie! Ona? Drwiła sobie ze stryja!
— Wcale nie. Możesz spytać Okęckiéj.
— Ja dewotek o księży nie pytam. No, ale co tam Domuntówna! Da mi stryj sto reńskich?
Tu ksiądz wybuchnął.
— Figę ci dam! Mało jest ubogich, żebym ich grosz oddawał takim szubrawcom bez czci i wiary! Dość, że cię cierpię pod moim dachem.
— Wspierając tak zwanych ubogich, wspieracie próżniaków, pijaków i oszustów. Wasza dobroczynność to hodowla tej plagi społecznéj. Ja się obejdę bez stryja pieniędzy. Pożyczy mi zakrystyan.
To rzekłszy, wyszedł z plebanii.
Proboszcz bezsennie przeleżał do rana, układając, jak zwymyśla zakrystyana. Jakoż, ledwie wstał, posłał po niego i napadł bez żadnego wstępu:
— Jeśli myślisz, że zobaczysz ode mnie swoje sto reńskich, coś je dał memu synowcowi, to się grubo mylisz. I to będzie słuszna kara za twój podstęp. Na odnowienie ołtarza — to nie masz centa, a pożyczać błaznom — to masz?