Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/351

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mać, i cenić, i szanować! Nie zaszedłbyś tu! — mruczał do Berwińskiéj i Oryża.
Magda nie odstępowała chorego; majorowa tonęła we łzach, szczególnie od chwili, gdy jéj siostra powtórzyła o legacie na szkołę. Zrehabilitowany był tem w jéj oczach.
Nareszcie trzeciéj nocy po bytności baronowéj przyszedł dla biedaka kres ostatni.
W téj męce przedśmiertnéj bojował ciężko. Obudził się w nim instynkt życia: nie chciał umierać. Rzucał się, wołał Magdy, by go ratowała, broniła, konwulsyjnie się do niéj tulił, za rękę ściskał. Potem, jakby się z dolą pogodził, uspokoił się, zcichł, i tak w milczeniu, na rękach Magdy, uciszył się zupełnie, wyprężył i, głęboko odetchnąwszy, jak po ciężkiéj walce, skonał.
Imienia baronowéj ani razu nie wspomniał, tak bardzo pamiętał swą łaskę ostatnią.
Magda długą chwilę trzymała go jeszcze na ręce, a drugiéj nie wyjmowała z uścisku. Była osłupiała, zdrętwiała. Przez te ostatnie dnie serce jéj wróciło znowu do niego i już pozostanie, bo zmarły należał do niéj — ani jéj zdradzi już, ani skrzywdzi. Mogiła wracała jéj ideał, śmiercią oczyszczony.
Złożono go w grób na cmentarzu, ku wielkiemu zdziwieniu Okęckiéj, która mu przeznaczała dół za płotem. Ale proboszcz nikomu się nie tłómaczył, ani o radę nie pytał.