Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie rade słuchać, ale ci powiem jeśli chcesz, na osobności.
— Pan Stanisław już wrócił z Zakopanego? — spytała Magda.
— Jeszcze nie, ale go lada dzień oczekujemy. Pewnie teraz urodzi się dama w serdaku.
Przeszli do jadalni i zasiedli u stołu. Malicki burknął na lokaja, który mu chciał nalać wina.
— Nie pije profesor? — spytał Filip.
— Po co? Nie potrzebuję ani fałszywego humoru, ani fałszowanego napoju!
— Chcesz żyć sto lat, pomimo że zrzędzisz! — zaśmiał się Fink.
— Wcale nie, ale kto całe życie patrzy na choroby, może przecie o tyle skorzystać, żeby nie pragnąć ich i unikać, ile sił.
— Doprawdy, nie rozumiem ciebie. Z twojém usposobieniem przestałbym praktykować!
— A ja, z twoją tuszą, przestałbym jeść pasztet i pić burgunda. Myślisz, że minie dzień, żebym nie postanowił zerwać z medycyną. Alboż mi dadzą! At, a jeszcze żona mi prawi o powołaniu! Kobiety strasznie lubią ten frazes; może dlatego ogólnie dotychczas były zdrowsze, ale i one się psują. Ładne przyjdą pokolenia; ale figa: ja już ich leczyć nie będę!
— Wszystko to jest przesada! — rzekł pan Sylwester. — Dla zdrowego wszystko zdrowe. Ja