Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przy tobie, lecz wymagam, aby mi na niczem nie zbywało“. Pamiętasz?
— A czegóż ci brak?
— Tysiąc rzeczy. Zawsze mnie oszukujesz. Wybierasz najtańsze, a więc najnudniejsze, miejsca kąpielowe. Już drugą zimę zamęczasz mnie w tym twoim wstrętnym Krakowie. Nie dajesz mi koni i ekwipażu, rachujesz każdą suknię i kapelusz, stękasz na każdą moją przyjemność. Cóż ty sobie myślisz? Że ja dbam o twoje reńskie? Ja chcę żyć dla siebie i muszę miéć na swoje zachcianki; inaczéj rozrachujmy się i rozejdźmy. Mnie wcale nie chodzi o spółkę z tobą.
— Ja także wraz z tobą pozbyłabym się tylko i stałego rozchodu i codziennéj irytacyi. Ale w téj chwili rozrachować się nie mogę. Pieniądze są w ruchu: nie myślę ich ściągać ze stratą dla dogodzenia twojéj fantazyi.
— Zatem płać Domuntównę!
— Dobrze, zapłacę, ale sama. Do rąk ci pieniędzy dać nie mogę.
— I konie miéć chcę. Fiakry nie dla mnie.
— To sobie wybij z głowy!
Baronowéj brwi zbiegły się groźnie.
W téj chwili służąca wniosła bukiet z blado-żółtych róż i rzekła:
— Oddał to lokaj od pana Osieckiego.
Radczyni obejrzała kwiaty.