Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chowała taką, i pewna, że to jéj wpływ i zasady taką ją uczyniły. Chociaż, jeśli kto nad kim miał władzę, to Magda nad nią.
— Wiész, gdzie jest Filip? — ozwała się artystka, nie odrywając się od roboty.
— No?
— W Ostendzie grywał na gitarze baronowéj i tu prędko przyjedzie.
— Nie może być! A to chłystek! Niechże mi się na oczy nie pokazuje.
— Bo go wpakujesz do szkoły, jako moralnie opuszczone dziecko i włóczęgę.
— Więc się zakochał w téj lali, a ona się przechwala. Winszuję.
— Znowu zaczynasz. Ja zaś dziwiłabym się, gdyby się nie zakochał: nie byłby artystą. Ona się tém nie przechwala. Zanadto jest piękną, aby jéj już nie spowszedniały ludzkie zachwyty.
— Ja tam w niéj nic tak nadzwyczajnego nie widzę. At sobie!
— Maryniu, bo cię wygonię z pracowni! Bój się Boga, kobieto, spójrz na jéj linię, na kształt bioder, na karnacyę, na ramiona, na profil. Toć żywy posąg grecki.
— Dziękuję ci za taką piękność! Dosyć wstydu miałam, włócząc się z wami po galeryach. A ja ci powiadam, że to jest chorobliwe ten wasz zachwyt nad taką marnością. Zgnije i tylko fetor zostanie.