Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kolega, otrzymawszy list, poszedł z nim do Osieckiéj, ale jéj nie zastał. Wyjechała niewiadomo dokąd, zabierając z sobą klacze od mieszkania.
Z odpowiedzią się nie kwapił, oczekując lada dzień powrotu majorowéj; nie przypuszczał, by bogaty Osiecki potrzebował pieniędzy.
Tymczasem topniały setki Filipa. Szczęśliwość jego począł psuć niepokój i oczekiwanie sukursu. Pierwszy raz musiał odmówić baronowéj kosztownéj jakiejś zachcianki, tłómacząc, że mu pieniędzy z kraju nie nadesłano. Piękna pani popatrzała na niego ze zdumieniem, potém z pogardą, i rzecz szczególna, to nie ona się wstydziła wyzysku, ale on — odmowy. Zaraz wyprawił depeszę do kolegi i niecierpliwie wyglądał odpowiedzi.
Przyszła — niepomyślna. Osiecka wciąż była nieobecna, lokal pod jéj kluczem, ale kolega posyłał przekaz do bankiera na sporą kwotę, którą Sylwester założył do chwili załatwienia interesu z meblami. Chciał je nabyć.
Filip odetchnął. Burza była znowu zażegnana; mógł znowu dogadzać fantazyom baronowéj. Ale ona od pewnego czasu była w niełaskawym humorze — rozdrażniona, kapryśna, sto razy na dzień zmienna, niestała w żądaniach nawet. Nie kryła przed nim, że się nudzi, że jéj nic nie bawi, że jego towarzystwo jéj nie wystarcza, że ją męczy dwuznaczna pozycya.