Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Faustangera spotykali prawie codzień w gondoli, w teatrze, na Lido, po kościołach i galeryach, zawsze w towarzystwie francuzki. Nigdy nie okazał nawet, że poznaje żonę. Był dla swojéj towarzyszki uprzedzająco grzeczny. Przepych jego pałacu i zbytek zwracały ogólną uwagę i podziw.
Rzadko kiedy Oryż był z nimi. Tego można było spotkać po zaułkach charakterystycznych, po ciemnych kościołach, lub na piasku, na Lido, pogrążonego w próżniaczéj ekstazie. Jeśli towarzyszył Faustangerowi, to chyba jako cicerone, bo po tygodniu już Wenecyę znał na pamięć i umiał pokazać, co godne było widzenia.
Razu pewnego spotkali się tak w pięcioro wśród małéj gromadki Anglików, w pałacu dożów. Filip umyślnie chciał tamtych wyprzedzić lub wyminąć; ale bądź wypadek, bądź złośliwość Faustangera lub baronowéj sprawiły, że spotykali się co chwila.
Filip, jak zwykle, pochłonięty szałem, miał tylko dla niéj oczy i uszy, i zmęczony przymusem, jak automat przechodził z sali do sali. Tamci się bawili wyśmienicie, bo Oryż im wykładał po swojemu historyę Wenecyi i jéj sztuki. Jego oryginalne zdania i uwagi zajęły nawet baronową. W jednéj z sal usunęła się trochę od Filipa, znudzona jego małomównością i czułemi spojrzeniami. Słuchała Oryża i chciała spotkać wzrok męża; czuła, że taktyka jéj dotychczasowa była niepraktyczną.