Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Alicya nie pije, bo się boi o swoją cerę i świeżość. Ma racyę: to jéj fundusz. Gdy zwiędnie i zestarzeje, będę ją trzymał na Morawach w gobelinowéj sali, jako staroświecczyznę, ale jéj więcéj światu nie pokażę! Boi się téj ostateczności, bardziéj niż grzechu! To jest ona się wcale grzechu nie boi! Cha, cha! Ale żeś ty pić przestał, to nie do pojęcia! Przecież ci o cerę i piękność nie chodzi; chleba ci za to nikt nie da, sławy i honoru nie odbierze? Pij, kolego: to jedno, co człowiekowi daje miłe złudzenia. Bierz przykład z mojéj teściowéj: pije jak gąbka, byle nie za swoje!
Oryż, słuchając, nie śmiał patrzeć na kobiety, taki wstyd go ogarniał za ich cześć niewolniczą dla potęgi złota — taki wstręt do siebie samego, że tu jest, słucha, należy do tego towarzystwa. Milczał czas jakiś, wreszcie rzekł:
— Mogę ci powiedzieć, dlaczego pić przestałem. Oto raz nietrzeźwy pastwiłem się nad słabszym od siebie. Gdym zrozumiał nikczemność takiéj zabawy, postanowiłem nigdy już nie pić.
Faustanger nie pojął jego intencyi, roześmiał się grubo.
— Ty jeszcze lada dzień mnichem zostaniesz.
Baronowa pojęła dwuznacznik. Odrzuciła bardo głowę i spojrzała na malarza rozdrażnionemi oczyma.
— A zkądże pan wie, kto słabszy?