Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


Wyprawiwszy go, powróciła do kobiety, któréj łzy ulżyły nieco, bo rzekła łagodniéj:
— Możeż to być, że on wyżyje?
— Doktor zaraz będzie. Niech pani teraz sama trochę mleka wypije i będzie dobréj myśli. Zrobi się wszystko, co w ludzkiéj mocy, aby chłopak wyzdrowiał wam na pociechę.
— A za co pani tyle robi? Ja pani niczem się nie wypłacę!
— A owszem wypłaci mi pani dobrém słowem i uśmiechem. Od téj wypłaty nie zwolnię!
Mówiła to serdecznie, szczerze, aż kobieta znowu płakać zaczęła, zwalczona w swéj zaciętości.
— O, byle on żył, to krew dam za panią! Byleby on żył i bylebym żebrać nie potrzebowała! Nie umiem tego, nie mogę.
— Nie, nie. Znajdzie się praca, zajęcie i spokój. Otóż i doktor.
Pan Sylwester przywiózł swojego medyka, znajomego Magdy. Już wiedział, do kogo jest wzywany, i życzliwie zajął się chorym.
Uspokoił matkę, dał polecenie, obiecał codzień odwiedzać.
— Ale matkę trzeba gwałtem zmusić do snu i wypoczynku, bo inaczéj ona umrze. Trzeba tu będzie przysłać szarytkę na dni kilka — rzekł do Magdy.
— Ja pójdę do sióstr — ofiarował się Oryż — i zaraz jedną przyprowadzę.