Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Droga szła pod górę, więc wózek ledwie się toczył; spostrzegła go i uśmiechnęła się, kiwając głową:
— Stój! — zawołała do powożącego chłopaka i, wyciągając do Oryża rękę, dodała:
— Czy pan mnie nie poznał?
Uścisnął podaną dłoń i począł iść przy wózku, trzymając się półdrabka. Gniewał się sam na siebie za tę nieśmiałość, chciał na złość warknąć po swojemu, ale nie mógł.
Ona dopomogła mu, by się opamiętał.
— Zapowiedziałam proboszczowi pana wizytę. Wspominał, że mu pan obiecał odnowić drugą kaplicę.
— Aha, Pokusy św. Antoniego! Pewnie nie bardzo mi rad? A pani prędko skończy?
— O, ciężko mi idzie. Pierwszy raz freski maluję. Fuszeruję okropnie. Zobaczy pan! Proszę siadać. Konie pani Okęckiéj umieją kłusować na spadzistości.
Usiadł. Mówiła daléj:
— Dobrze mi tu, jak w niebie. Co za krajobrazy, spacery, cisza! Boińska, a szczególnie Janek, zawojowali zupełnie Okęcką. Zgodnie tam i wesoło. Codzień jeżdżę do kościoła i wracam po południu. Proboszcz często mnie odprowadza. Marynia tylko umyka nam do Krakowa; braknie jéj szkoły i księdza Walerego! Od tygodnia tam bawi.