Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zywał. Głuchym, zduszonym szeptem ozwał się baron:
— Oryż! żywy czy martwy, on tu zostać nie powinien! Co chcesz uczynię, milion dam, duszę ci swoją zaprzysięgnę, całe życie służyć będę. Tylko mi dopomóż usunąć go ztąd. Niech moje nazwisko z tém nie będzie połączone; rozumiesz? ja ci nic złego nie proponuję, nic...
— Tylko ukrycie zbrodni! — odparł Oryż.
— Nie. Uniknięcie skandalu, śmiertelnego dla mnie.
— A mnie co do tego!
— Mam cię za przyjaciela.
Oryż ramionami ruszył. Nie myślał wcale dopomagać Faustangerowi; ale zastanowił się, co Magda uczyni, co postanowi i czy bezpiecznie jest zostawić tego człowieka bez czucia, tu, w tym parku i w tych rękach?
— Czegóż ty właściwie chcesz ode mnie? — spytał.
— Żebyś stanął na mojém miejscu. Tyś go znalazł na drodze, tyś go opatrzył, tyś go poratował. Ty — to pierwszy lepszy, a ja...
Urwał i dokończył jakby do siebie:
— W naszym rodzie nie wycierano ławek sądów karnych.
Oryż ironicznie się uśmiechnął.
— „Gdy odejdę, caput z Osieckim! Z pośpiechu