Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nich, poprawiając zeszyty i moralizując bardzo wprawnie.
Na jego widok przez sekundę jakby się przeraziła i zawołała, lecz wnet podała rękę i powitała uprzejmie.
Ale tę sekundę spostrzegł Oryż, i to go zmroziło, wzbudziło podejrzliwość.
Spytał burkliwie o zdrowie, o powodzenie, i zaraz wyszedł. Majorowa była pewną, że go znajdzie u Magdy.
Ale za powrotem zastała w pracowni siostrę samą, zatopioną w czytaniu.
— Cóż Oryż? Poszedł?
— Oryż? Wcale go nie było.
— Waryat! Zjawił się dziś w szkole, przywitał i po minucie ulotnił. No, ale kiedy u ciebie nie był, to i owszem. Nie mogę na niego patrzeć po dawnemu!
— To jest szczególnie logiczna niełaska! A ja przeciwnie, cieszę się, że wrócił. Przed godziną był Filip.
— Po co? Trzeba było go nie przyjmować.
— Nawet mi to na myśl nie przyszło! Zresztą on bardzo nieszczęśliwy, i nie ja go w złéj chwili opuszczę.
— A któż mu winien? Posiada, czego pragnął.
— Nie, on tego nie pragnął, co go spotka lada dzień.