Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie myślę. Może chora... — wahająco rzekła majorowa. — Umiała już litery do R i tak równe stawiała kreski, ale od onegdaj nie przychodzi.
— Szukaj wiatru w polu! Może ją pani odziała?
— Tak, trochę.
— Aha, to niech się jej pani nie spodziewa! A mówiłem, odradzałem odzienie... To ptaki dzikie. Tylko głód, nagość — utrzymają w szkole. Ale niema ratunku na utopje pani.
Majorowa, zupełnie pobita, nie próbowała się bronić. Stała zasmucona i jakby się wstydziła za swoich wychowańców.
— Wiktę ja pani odnajdę jutro. Ojciec, pijak, już ją pewnie odarł z ubrania, więc wróci pokorna, bo coraz chłodniéj nocować nad rzeką. Jest ich tam cała banda w tych krzakach. Żyją jak wróble.
— Wybiorę się kiedy z panem na eksploracyjną wycieczkę.
— Choćby dzisiaj, bom paniom tu niepotrzebny.
Mówił obojętnie, ale Magda w głosie jego poczuła żal i smutek.
— Nie, zostań pan. Lubię, gdy mi pan czyta głośno przy robocie.
— No, zatem zamawiam sobie pana na jutro! — rzekła majorowa, wychodząc.
Gdy zostali sami, Oryż stanął w oknie i zawzięcie ogryzał paznogcie. Magda, nie zważając na niego, usiadła do stalug.