Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie znudził. Gdy o tém pomyślę, w głowie mi się mroczy, ale, doprawdy, ona mnie chyba téż kocha.
— Bardzo być może! — przerwała Magda — ale cóż z tego? Czy będzie ci ona natchnieniem?
— Co mi po natchnieniu! Ona mi będzie własnością, skarbem, szczęściem! — wybuchnął.
Potrząsnęła głową.
— To ci nigdy na życie nie wystarczy — mruknęła.
— Owszem! — zaprzeczył uparcie. — Wziąć szczęście i dać, to dosyć dla zapełnienia żywota.
— A zkądże wiész, że dasz? Co za pycha! A zkądże wiész, że weźmiesz? Szalony! Piorun, mój drogi, ogłusza lub zabija! A ty piorunem nazywasz wrażenie miłości.
— Ach co tu rezonować! Ty wiész o kochaniu z książki, ja z doświadczenia!
— Więc to nie pierwszy raz?
— Miewałem tysiące upodobań, fantazyj, zabawek, szałów, flirtów. Teraz dopiéro wiem, co kochanie, rozumiem piekło, śmierć... i byłem w niebie.
— Więc pozwólże mnie pochwalić się książkową chociażby wiedzą. Myślę, że miłość i głód, to dwie kardynalne potęgi w człowieku zwierzęciu: musi ciągle starać się o jedzenie i musi ciągle kochać. Im bardziéj zwierz wykształcony, tém wybredniejszy na jadło; im więcéj kocha, témbardziéj lubi rozmaitość. To instynkt i czysta natura! Ale stan ów nie wystarcza nigdy duszy. Ona ci nie da spokoju,