Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakże tak można? Przynieś ją pan tutaj. Przeczytamy razem i gawędząc, będziemy pracowali. Ustąpię panu stołu pod oknem do roboty.
— Aha, przynieś książkę. Kiedy jéj już niema. Onegdaj był u mnie komornik i zostawił w budzie tylko grzebień i poduszkę.
— Cóż będzie?
— Albo ja wiem! Niech o tém myśli Fink, który mi dał zaliczkę.
— To idź pan do niego i opowiedz zdarzenie.
— Eh, nic pilnego. Mam jeszcze obiad zapłacony do końca września. Jak będę głodny, to pomyślę. Wziął znowu książkę i czytał:
„Atoli sam skutek uiścił, że sztuka z fałszem o ścianę chodzi, a prawdę ciemnotami gmatwa; bo gwiazdarze, zgadłszy po części o niepowrocie jego do miasta, reszty sami nie wiedzieli, że się po blizkich wioskach i brzegach, często pod samemi murami przejeżdżając, ostatniéj starości miał dopełnić.“
Dzwonek w przedpokoju przerwał czytanie i po chwili do pracowni wszedł Filip, obładowany paczkami.
— Tak cicho! — zaśmiał się.
Magda wstała i poznajomiła ich z sobą. Podali sobie dłonie, mierząc się badawczym wzrokiem.
— Co za małpa! — pomyślał Filip.
— Co za lala! — pomyślał Oryż.
— Przyniosłem cały mój artystyczny bagaż z po-