Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Boiński! — zawołał Oryż. — może Stefan?
— A Stefan. Dlaczego się pan pyta?
— Z pod Buczacza? Z Kalinówki?
Kobieta skinęła głową, patrząc badawczo na malarza. Ten się roześmiał dziwnie.
— To już teraz wiem wszystko! Patrzcie no, jak to daleko ludzie odlatują! Ja jestem Andrzej Oryż. Pani o mnie nic nie wie, ale ja o was wszystko. Ja też z tamtych stron rodem. Mój stryj był proboszczem w Buczaczu.
Patrzyli na siebie uważnie, i znowu Oryż dziwnym śmiechem wybuchnął.
Obecni przysłuchiwali się ciekawie, ale nikt nie pytał; tylko Sylwester, nie mogąc się pohamować, wtrącił:
— Musieli państwo być w lepszym bycie niegdyś. Fortuna kołem się toczy.
Kobieta, milcząc, ruszyła ramionami, a Oryż za nią odpowiedział:
— Fortuna w naszym wieku nie jest ani ślepa, ani stoi na kole. Daje się osiodłać, okiełznać, i jeżdżą na niéj żydzi. Chciałem raz to nawet wymalować, ale żem portretował i ją i jeźdźca, więc mi panna Magda odradziła dla świętego spokoju.
Doktor zaczął się żegnać, a i Sylwester kręcił się niespokojnie. Magda z żalem pomyślała o odwrocie.
Spojrzała raz jeszcze po izbie — do której weszło w téj chwili zachodzące słońce i rozpromieniło krzywe ściany — pocałowała skroń dziecka, uścisnęła dłoń