Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kobiety i, obiecawszy przyjść rano, wyszła, pełna wielkiej radości.
Gdy wysiadała z powozu, podała szczerze dłoń panu Sylwestrowi i rzekła z uśmiechem:
— Dziękuję panu za spacer i za Carlo Dolce! Wyszukuj pan więcéj takich. Dawno nie miałam tak przyjemnego popołudnia.
Stary przypadł do jéj ręki i całował, rozpływając się z zadowolenia.
— Pani moja, pani moja! Ty wiész, że żyję tylko myślą o tobie — jąkał przejęty. — Żebyś chciała, żebyś raczyła!
Ale Magda nie chciała, ani raczyła słuchać daléj. Całą siłą woli hamowała śmiech i rzekła, o ile mogła, najpoważniéj:
— Polecam panu załatwienie sprawy komornego. Zresztą biorę tych biedaków pod swoją opiekę. Kobieta musiała być bardzo piękna. Tymczasem do widzenia panu!
Zadzwoniła. Sylwester wzdychał i głową trząsł żałośnie.
— Żeby temu lat trzydzieści! — szepnął.
— Toby pan nie przeprowadzał mnie, lecz inną! — zaśmiała się, wchodząc do mieszkania i żegnając go kiwnięciem głowy.
W salonie majorowa siedziała nad robotą przy lampie. Szyła ciepłą odzież dla swéj trzódki i, za-