Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


za nim zamknęły; wtedy sięgnęła pod poduszkę kanapy i wydobyła zmiętą kartkę. Przy świetle ogniska odczytała ją raz jeszcze: „Pamiętaj, żeby mi gachów nie było od chwili, gdy te słowa odbierzesz, bo jeśli się ośmielisz ich utrzymywać, to ich i ciebie kijem ogrzmocę, na środku rynku, a potem zamknę cię na całoroczne rekolekcye w baszcie. Ludwik dogorywa, szkoda go, bo więcéj wart, niż wy wszyscy. Bądź zdrowa i rachuj się ze mną. Albert.“ Baronowa uśmiechnęła się.
— Ten czuje swoją siłę i mówi jak pan — szepnęła. — Z takim warto walczyć i zdobyć albo uledz! — dodała, wzdrygając się rozkosznie.
A Filip nad ranem wrócił do domu i padł ubrany na posłanie. Zasnął zaraz i spał długo.
Obudził się o zmroku, dźwignął się i siadł, zbierając zmysły. Rozmyślał godzinę, potém wstał i poszedł do Magdy.
Służąca przyjęła go w sieni oznajmieniem, że panie poszły „na tańce“ do państwa Malickich: więc wrócił do domu i, przypomniawszy sobie, że i on miał na ten wieczór zaproszenie, przebrał się i pojechał.
Nie był to bal, ale trochę zabawy, w kółku ścisłych znajomych. Doktor, gdy go zobaczył, bez ceremonii wziął za puls i zajrzał w oczy.
— Dobrze, żeś przyszedł. To był instynkt zachowawczy. Tańcz i flirtuj co niemiara, pij limonadę: poty cię uratują.