Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tém — to kajdany i pusta forma. Byłby bardzo nierozsądnym, ktoby się łączył na życie przez szał!
Podniósł głowę i patrzał na nią oczyma pełnemi zgrozy. Wrażenie odbierało mu mowę.
Potém się roześmiał dziko:
— Cha, cha, cha! Więc ty mi może radzisz się żenić! Dostaję dymisyę w stopniu kochanka. Zapewno Faustanger, ordynat, wart zgody! Ano, to przynajmniéj szczere! Szkoda, żeś mi nie dała na wstępie programu takiéj gry. Stawki byłyby może równe i przegrana niebolesna!
— A kiedyż ja ci obiecywałam więcéj, niż dałam? Oszalałeś, czyś pijany? Było mi z tobą dobrze, płaciłam ci za to. Rachunki nasze wyrównane. Teraz zastanów się i bądź rozsądny. Faustanger na rozwód się nie zgadza. Jestem na łasce matki i mam tego dosyć. Nie mogę żyć w ciągłéj walce o grosz i w niewoli. Muszę życie uczynić możliwszém! To jest zupełnie zrozumiałe i, jeśli mi nie przyznasz racyi, to tylko dowód, żeś wielki samolub. Ja ci nigdy nie krępowałam swobody, bądź sprawiedliwym!
Wstał i, słowa nie mówiąc, ku drzwiom się skierował. Coś nakształt ulgi mignęło w oczach baronowéj, ale przemogła się i zawołała:
— Filip, pamiętaj, żeś się zbuntował pierwszy.
— Bądź spokojna, formy zachowałaś! — odparł twardo i wyszedł.
Baronowa poczekała, aż się drzwi od schodów