Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Było mu tu zupełnie dobrze, bardziéj nawet swojsko, niż w Krakowie, gdzie przecie nawet jemu nie pozwolonoby jadać na ulicy.
Miał téż minę tak szczęśliwą, że wypluwając skorupy w kanał, zaprzysięgał sobie, nigdy Włoch nie opuścić.
Dzień się kończył, a noc nadchodziła, ścieląc się pod staremi murami. Słońce jeszcze świeciło po wieżycach kościołów, a naprzeciw Oryża, za kanałem, San Giorgio wychodził z oparów i cieni białawych, złotawo-czerwony, jak widziadło w gloryi nadziemskiéj.
Niby jedząc krewetki i słuchając gwaru gondolierów i przekupniów, Oryż wsłuchany był w daleką jakąś melodyę własnéj duszy, przejęty pięknem, skupiony w sztuce.
W téj chwili baronowa z Osieckim stanęli tuż obok niego. Gondolier Paolo, który im stale służył, rozpychał kolegów, a Filip pertraktował z nim o śpiewaka.
Chwilę zatrzymali się na schodach, czekając, aż im go sprowadzą, i wtedy Filip spostrzegł Oryża. Poczerwieniał, przypomniał sobie scenę na dworcu krakowskim i poczuł nieprzepartą chęć zemsty.
— Aa, pan Oryż tutaj? Powodzenia, pieczeniarzu! — ozwał się szyderczo.
Oryż, nie przestając jeść, popatrzał na niego zezem.
— Dziękuję. Jak spadek przegwiżdżesz, reko-