Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


boję się wychylić. Ale jak tylko wyjedziesz, skorzystam z tych kilku dni i wygadam wszystko, co mam na sercu! O, to mi ulży, bo inaczéj to-bym się rozchorowała! Cały dzień piję wodę sodową!
Tu popatrzała uważnie na siostrę i wyraz gniewu ustąpił z jéj twarzy przed łagodnem zafrasowaniem.
— Aleś mizerna! Nie udawajże przede mną! Żałujesz go, cierpisz! No, mów! Nie trzeba się zacinać. Wolałabym, żebyś zapłakała!
Magda objęła ją serdecznie za szyję.
— Dziękuję ci, ale się nie frasuj! Zapewne, że cierpię, ale nie z miłości. Boli mnie właśnie, że go już nie kocham. Obchodzę dziś pogrzeb uczucia. Chciałam jego dobra i spokoju: poszedł za złem i burzą; a gdy się obejrzy i otrzeźwi, nie znajdzie już mnie na swéj drodze. Szkoda mi marzeń!
— A mnie szkoda, żeś z nim dozgonnie związana. Że nie kochasz — w to wierzę, ale że ci jeszcze nieraz spadnie na barki — to pewna. Ah, żebym wtedy ja przytem była!
— Będziesz, bo przecie nas nic i nikt nie rozłączy — rzekła serdecznie Magda.
Dzwonek się ozwał, więc przeczuwając, że to Berwińska, poszła otworzyć i zaraz na wstępie rzekła:
— Wiesz, mąż uciekł ode mnie.
Berwińska nie okazała zdumienia ni oburzenia. Ze swym niezachwianym spokojem i logiką odpowiedziała: