Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pani na wieś wyjeżdża? — zdziwił się.
— Tak, na Podole, het, w jary i góry, pod Buczacz.
— I Filip wyjeżdża?
— O, nie tam. On woli ludniejsze miejscowości.
Sylwester zrobił duże oczy, ale nie śmiał więcéj pytać. Jak iskra elektryczna przebiegła go nadzieja, przeczucie skandaliku, ciekawéj nowinki. Tknął go ten Buczacz, przypomniał sobie Boińską, Oryża, wedle swego gustu układał już plotkę.
Magdę, pomimo złego usposobienia i poważnéj chwili, szczery śmiech zdjął. Oczy jego były tak pożądliwe, jakby z duszy jéj wydrzeć chciały tajemnicę. I mało co brakło, żeby mu powiedziała prawdę, by zobaczyć wrażenie, ale jeden wzgląd ją powstrzymał.
„Będzie mi udawał i kłamał przyjaźń i współczucie! Wolę tego nie słyszéć!“ — pomyślała.
U progu mieszkania ledwie się go pozbyła; pobiegł pędem szukać Filipa, by się dowiedziéć prawdy, a ona gorzko się uśmiechnęła, popatrzała za nim i rzekła do siostry szyderczo:
— Ten człowiek trzeci raz z mojéj racyi będzie szczęśliwy. Nakarmi miasto plotkami. Szkoda tylko, że mi za to wdzięczny nie będzie!
— Jeszcze się ciebie koncepty trzymają, i to w takim dniu! — oburzyła się Osiecka. — Miły dzień! Siedzę jak więzień; udaję, że mnie niema; na miasto