Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mówiąc, palcem pogroził. Fink wybuchnął śmiechem, ale profesor się oburzył:
— Ty nie masz czego się śmiać, ale gimnastykować jak najwięcéj!
— Profesorze! A moja Boińska? — spytała Magda.
— Chciałabym takich dużo miéć. Ale powiedzcie mi, panie Filipie, poco to proszone śniadanie? Zaręczasz się, czy żenisz?
— Dlaczego?
— Ano, nie wiem zkąd słyszałem, że się żenisz z panną Magdą. Możem się wygadał przed czasem?
— Po czasie, profesorze! — roześmiała się artystka. — Filip obchodzi swoją installacyę malarską. Zaczyna pracować.
— To dobrze, tylko, proszę cię, nie maluj jak mój brat.
— Doktorze, jesteś zrzęda! — wtrącił Sylwester. — Twój brat ma świetną technikę.
— A to zrób go przedsiębiorcą od wyrobu maszyn, ale nie nazywaj-że artystą. Co on maluje? Zawsze jedną damę. Ta wącha kwiat, a ta bawi się perłami, tamta się wachluje, inna otula się futrem, a wszystkie jedno warte, to jest... nic. Nie zawracajcie mi głowy, że to jest sztuka. Ten chłopak lepiej-by był tapicerem.
— To jest modne i szalenie się opłaca! — wtrącił