Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Fink. — Widocznie twój brat ma talent i szczęście... odpowiada potrzebie estetycznéj danéj chwili.
— Takie fuszery przedewszystkiem zepsują smak, zdemoralizują publiczność, a potem wy ją czynicie winną za ich utwory. Nieprawda! Winien jest ten, co tworzy, nie ten, co czyta i patrzy. Wszystko, jest chore teraz, wszystko rachityczne, skrofuliczne i histeryczne. Niech przepadną literaci, dziennikarze, malarze, aktorzy i filozofowie, a wtedy ja może odpocznę. Nienawidzę ich hurtem, bo to oni mi napełniają szpitale, kliniki i domy obłąkanych i sprowadzają takie komplikacye, że człowiek do grobowej deski nie może przestać uczyć się i musi łeb łamać nad coraz nowemi zwyrodnieniami.
— Profesorze, jedźcie do Karlsbadu! — wtrąciła majorowa.
— Dajcie mi czas, a pojadę i będę czytał „Robinsona Kruzoe“ i będę zdrów. Cóż, panie Filipie? dajcie co jeść, bo muszę zmykać. O czwartéj mam operacyę w klinice.
— Śniadanie podane, ale nie chciałem profesorowi przerywać filipiki przeciw cywilizacyi.
Malicki aż podskoczył.
— Cywilizacya! Idźcie na naukę do Botokudów. Oni są zdrowsi od was wszystkich. Ty, naprzykład, jesteś chory na nerwy. Jeszcze się trzymasz, boś młody, ale za rok będziesz u mnie i powiesz... przepraszam, nie zacytuję, bo panie tego