Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzystał, bo to jest jego rodzony frazes. Czyżby już panu brakło własnych złościwości?
— Chciałem pani zrobić przyjemność cytatą nadwornego mędrca.
— Ach tak! Dziękuję!
Złożyła mu ukłon głęboki i zwróciła się do wchodzącego w téj chwili doktora Malickiego.
— Profesorze, pewnie ta biedaczka suchotnica zmarła?
— Zkąd pani wié?
— Z oczu pana.
— Tak jest. Umarła! — odparł doktor i ręką machnął. — Ohydne!
— Co takiego? Kto to był? — zaciekawił się Sylwester.
— To był człowiek i śmierć. To dwaj moi prześladowcy. Mniejsza kto! Ohydny jest mój zawód, i basta! I pomyśléć, że mógłbym być inżenierem lub księdzem, a jestem zwykle szarlatanem często zaś oprawcą! Witam, panie Filipie, i cieszę się, że nie wyglądasz na pacyenta. Obyś żył, żył i umarł beze mnie! Szacunek, pani majorowo, pilnuj pani swéj trzódki, bo ospa wszędzie po suterenach! Fink, pewnie się opuszczasz w gimnastyce; oszukujesz mnie, ale nie oszukasz swéj krwi, pamiętaj!
Popatrzył na Sylwestra, przymrużył jedno oko, pokręcił głową, obejrzał go pod światło i nic nie,