Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jużciż nie od nieboszczyka majora, bo pan Sylwester na ducha nie wygląda! — mruknął Oryż.
— Od pana Filipa. Przyjechał wczoraj wieczorem i kazał powiedziéć, że się wnet do pan zgłosi, gdy sobie locum upatrzy. Spotkałem go na Grodzkiéj: wychodził z magazynu z baronową Faustanger.
— Słyszeliście! — ruszyła ramionami majorowa. — Zgłosi się... patrzcie go. Co za fanaberya! Niech mu pan powie, że jeśli nie jestem u niego pierwszą, to żadną. Obejdę się bez jego wizyt obowiązkowych.
Pan Sylwester mocno się zdziwił takiemu przyjęciu wieści, którą miał za radosną. Oryż począł szydersko się uśmiechać.
— Tego by też do katechizmu, do szkoły.
— Ależ Maryniu — wtrąciła Magda. — Wczoraj przyjechał zaledwie.
— Więc wczoraj powinien był przyjść. Mój dom był jego domem dotychczas. Powinien był z kolei wprost zajechać po klucz od pracowni. Przecie dwa lata utrzymuję ją w całości!
— Ależ on nie zna naszego adresu! — rzekła Magda.
— Twój adres zna każdy dorożkarz. Zresztą, to są wykręty. Baronową potrafił znaleźć! Zobaczysz, że on nie nasz!
— Może być — ruszyła ramionami. — Jest już w tym wieku, że twojéj opieki nie potrzebuje.