Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ma za tydzień zjechać do niéj, do Wenecyi. Tymczasem wczoraj na Ringach spotykam męża baronowéj. Pogrzebał brata i załatwia spadkowe ceregiele, które notabene są tak wstrętne, żem Faustangera wysłuchawszy, Bogu podziękował, iż mnie to nie spotka. Bardzo się mną ucieszył i chciał mnie uraczyć spadkowym sznapsem, alem się wymówił, więc się skończyło na gawędzie. Dowiedział się ode mnie o żonie i Osieckim, i obmyśliliśmy uczynić im mało intermezzo za parę tygodni. To będzie zupełnie oryginalne, więc do czasu tajemnicę chowam za zębami. Ale w swoim czasie opiszę to pani. Jestem jak dojeżdżacz i nawet proponowałem Faustangerowi, aby mi tę posadę dał dożywotnio. Nie wypluł dwuznacznika, zjadł i był ubawiony. Niech mi pani odpisze, co słychać w Krakowie. Czy na plantach zawsze tylko spotkać można psa, bosą babę i księdza? Czy Zygmunt nie dzwonił na wyjazd Osieckiego, czy Sylwestrowi zostanie jeszcze po téj chryi choć szczątek języka, czy się do cna wystrzępi...
„Niech mi téż pani napisze, czy mam służyć za dojeżdżacza Faustangerowi, czy zostawić tych dwoje, żeby się sami pożarli? Na daleką metę wolę miéć kierunek, bo nuż się pomylę i, zamiast po dyszlu, uderzę po koniu? Zresztą niech mi pani wszystko napisze — i basta!“
Magda złożyła list i oddała go Berwińskiéj.