Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/354

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oryż uszu nastawił.

Ty będziesz panną, ty będziesz panną
Na wielkim dworze;
A ja będę księdzem, a ja będę księdzem
W białym klasztorze.

— To dla mnie! — uśmiechnął się Oryż i już sam następną zwrotkę w dal rzucił:

A jak pomrzemy, a jak pomrzemy.
Każemy sobie
Złote litery, złote litery
Wyryć na grobie!

Słońce zupełnie zaszło, śpiewy przebrzmiały.
Oryż się zawrócił.
— Było nas troje: ona, Osiecka i ja. Każdy z nas dawał i nie rachował, kochał i nie był kochany... każdy cierpiał.
I ciekawym, czy są na to jakie szale i gwichty, i kto z nas wart, by mu na mogile zakwitła symboliczna jerychonka?
Uśmiechnął się po chwili.
— Berwińska-by mi pewnie odpowiedziała, ale jéj nie spytam, ani nikogo. Ma Oryż swój szkaplerzyk dla siebie. Niech go dochowa do końca, i basta!

. . . . . . . . . . . . . . . .


KONIEC.