Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A gdzie? Naturalnie, do Wenecyi! A ja, waryat, tyle czasu nie mogłem tego się domyśléć!
Roześmiał się i zupełnie uspokojony zawołał służącą.
— Proszę to upakować — rozkazał, biorąc się téż do zbierania manatków.
Teraz rozczulony był jéj niedolą, niespokojny, czy nie przechoruje przykrości i strachu, zły na siebie, że ją opuścił, naraził na to utrapienie.
Byle prędzéj stanąć w Wenecyi, uspokoić ją, utulić, upieścić, pocieszyć!
Palił go grunt pod stopami. Kufry polecił wysłać za sobą i pierwszym pociągiem ruszył w pogoń za swojém bóstwem.
Był wczesny ranek, gdy stanął u celu.
Przed ich pałacem gondola stała nieruchoma, firanki zapuszczone, żadnego ruchu w domu. Zadzwonił. Odźwierny długo kazał czekać na siebie. Gdy go ujrzał, przeraził się.
— Pani śpi? — spytał Filip.
— Pani? Niéma pani.
Filip zbladł i oparł się o ścianę.
— Niéma pani! — powtórzył głucho. — Ale była tu temi dniami?
— Nie było nikogo — odrzekł włoch, patrząc z ciekawością i zdziwieniem.
Nagle Filip poczerwieniał, zatoczył się i upadł na posadzkę sieni. Świat wirował mu w oczach,