Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Subretka przyniosła od szwajcara kartę damy, a od swoich koleżanek jéj rysopis.
Nazywała się: Mademoiselle Lili Fanchon; była to mała, szczupła brunetka, z pieprzykiem na brodzie, i mówiła na barona: Albert.
Baronowa ze szczytu świetnych nadziei spadła w otchłań rozpaczy. Na tę chwilę wrócił Filip z pękiem róż, rozpromieniony i wesół. Cały zły humor spadł na niego. Odrzuciła róże i wściekła wygnała go z pokoju, zapowiadając migrenę i nakazując, aby jéj się na oczy nie pokazywał aż do wieczora.
W ten sposób pozbyła się go i mogła spokojnie obmyślić plan działania.
Przedewszystkiem chciała go się pozbyć: więc, gdy wyszedł, zaraz wysłała do matki obszerną depeszę, żądając pieniędzy conajrychléj; potém postanowiła, że do czasu powinna go użyć dla wzbudzenia zazdrości Faustangera: należało być zatem serdeczną i afiszować się conajwięcéj. Wreszcie pocieszyła się nadzieją, że baron, gdy ją ujrzy, złoży broń.
Ale wyobrażała go sobie takim, jakim był, gdy się rozstali, więc myliła się mocno. Spotkali się tegoż wieczora przy obiedzie i przypadek zdarzył, że siedzieli naprzeciw siebie. Filip na widok barona poczerwieniał i zbladł. Dzikie oczy Faustangera objęły go z niezmierną pogardą i lekceważeniem, potem spoczęły na baronowéj i zamigotały zjadliwem szyderstwem. Następnie zwrócił się do Lili Fanchon