Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



II.

Nazajutrz o południu, na dźwięk dzwonka, Magda poszła sama otworzyć, pewna, że to baronowa.
Ale w progu stanął młody mężczyzna i, ujrzawszy ją, rozśmiał się z widoczną uciechą.
Szczupły, złoty blondyn, z czarnemi oczyma, z miną swawolnego studenta.
Zanim miała czas rzec słowo, już wpół ją objął i ucałował, a potém przyjrzał się raz jeszcze i żartobliwie powitał:
Servus, kolego! Bardzo mi stryjna wymyśla?
— Wcale nie! Za co? — odparła.
— Ano, za włóczęgę i milczenie. Ale bom używał jak szalony; jeden dzień do drugiego nie był podobny. Dwa razy na jedno nie spojrzałem. Co było pisać! Żyję, wróciłem i wiele mam ci do powiedzenia. Będziesz słuchała?
— Jak zawsze, cierpliwie. Nie mogę czytać i malować jednocześnie, więc będziesz mi za książkę służył.