Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/348

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wzrok w Filipa, od niego tylko spodziewając się ratunku.
— A dlaczegoś ty krzywd swych i zawodów ode mnie odcierpianych nie podawała na sądy? Dlaczegoś darowała mi oszustwa i kłamstwa, i nikczemną obmowę, i opuszczenie, i obelgi? Dlaczegóż teraz jeszcze ujmujesz się za mną?
— Bo jam ci w téj chwili darowała wszystko i zrozumiałam, jaką nicością są moje cierpienia wobec twéj doli. I dlatego właśnie jéj darować nie chcę, nie mogę.
— Właśnie dlatego daruj, że ja zemsty nie chcę. Rozumiesz! Jam nie rachował; dawałem wszystko, byłem wyzyskany, skrzywdzony — zabity. Z krwią moją daję jéj nie przebaczenie, ale łaskę — przebaczyć już nie mogę, bo już nie kocham. Uwolnionym od jadu i opętania; patrzę na to, jak na marność, i tylko chcę odejść ztąd w téj roli, w jakiéj żyłem. Czciłem potwora; pozwólże mi umrzeć — ofiarą!
Magda milczała już, pełna buntu, wątpliwości, skrupułów. Wtedy Filip zwrócił się do baronowéj i rzekł:
— Jam powiedział wszystko; teraz ją proś i błagaj, bo od niéj wyrok zależy.
Baronowa, znękana ostatecznie, uczyniła ruch, jakby się miała osunąć do kolan Magdy; ale ta uskoczyła gwałtownie.
— Nie! nie! — zawołała. — Niech ona nic nie