Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/349

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mówi i nie prosi, bo w takim razie nie daruję, nie zamilczę. Twojéj krwi nie daruję jéj, chyba na twoje prośby! Ona niech idzie ztąd — niech idzie i niech milczy! Stanie się, jakeś chciał, ale biada jéj, gdy się poważy twe imię wspominać nie w takiéj czci, jakiéjś wart u niéj! — Idz pani! nie masz tu już nic do zniszczenia!
Baronowa zerwała się i, zasłaniając oczy, wyszła, zataczając się jak błędna.
Magda podeszła do okna i otworzyła je.
Prąd świeżego, letniego powietrza wdarł się do pokoju, orzeźwił ją, dotarł do chorego, który, wyczerpany długą rozmową, leżał jak martwy.
Otworzył oczy, poszukał wkoło siebie żony i zaniepokojony zawołał jéj.
Zbliżyła się do niego; poprosił, by przy nim usiadła, wziął jéj rękę.
— Magda, ty mną teraz mniéj pogardzasz? Prawda? — spytał słabym głosem.
— Mnie ciebie żal niezmiernie! — odparła szeptem, w którym łzy były.
— Jak umrę, to albo się pomódl za mnie, albo wspomnij nasze młodzieńcze rojenia we Włoszech. Ja nie byłem zły: byłem słaby, i niedola mi kazała złą pokochać. Nieszczęsny, kto w taką niewolę się zaprzeda!
Leżał milcząc chwilę, potem się ozwał:
— Lepiéj mi po tém. Rozumiesz — zgrzeszy-