Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/350

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łem ciężko, winienem bardzo, ale mi teraz mniéj wstydu przed tobą i sobą samym. O, lżéj! A jednak jakże taka rana boląca! — szepnął z wybuchem rozpaczy.
— Uspokój się! Zaśnij! — rzekła łagodnie.
— Zasnę rychło. Jeszcze cię o coś poproszę. Stryjna może nadjedzie po niewczasie: oddaj jéj moje pieniądze na szkołę i przeproś za wszystko. I jutro chciałbym księdza — i jemu prawda się należy, bo przykro-by ci było pochować mnie za płotem. I Oryża-bym chciał przeprosić! Gdy się umiera, to tak dziwnie jasno jest w mózgu: wszystko się rozumie! Ty — wiem, że mi darujesz z serca — ty jedna, coś mi dobrą była, a dla któréj ja byłem najgorszym. Pamiętasz — nazwałem cię jerychonką wtedy, gdym ciebie jeszcze był wart.
Zaniepokoiło ją to ożywienie nadzwyczajne.
Posłała po doktora: stwierdził wzrost gorączki i skrzywił się. Stan rany pogorszył się także. Magda chciała wezwać Malickiego z Krakowa, gdy niespodzianie przyjechał on sam z Osiecką i Berwińską.
Zastali rannego po spowiedzi nieco silniejszym, ale przed wieczorem znowu zapadł w gorączkę. Mało kogo poznawał, wciąż tylko Magdy wołał.
Malicki, zawsze szorstki, tembardziéj, gdy był wzruszony, ręką machnął:
— Było jéj wołać wcześniéj, było jéj się trzy-