Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/347

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


...Prawda, miałem jeszcze fundusz — na pastwę dla Molocha. Słusznie: wszystko do cna, do dna!
...Gdym przejrzał wreszcie, prawdzie w oczy spojrzał, chwyciła mnie choroba za bary, śmierć mi chciała oszczędzić ostatniéj próby. Alem przeznaczony był na pastwę pani; miałem jeszcze życie, to ostatnie, to zwierzęce; musiałem z choroby powstać, przynieść na ostatek dań swojéj krwi i fizycznego bólu.
...Przyszedłem, jak opętany, jak zaczarowany, śladem pani — aż tu. Napisałem kartkę, prosząc o chwilę widzenia... poszedłem... po co? sam nie wiem, broni nie miałem, ani woli do zemsty. Ale pani postanowiłaś, że już potrzebnym nie jestem — a raczéj zawadą, plamą, upiorem dla ordynatowéj Faustanger być mogę: wydałaś wyrok śmierci, i wykonałaś go zimno z wyrachowaniem — sama. Nie było świadków, i nie będzie ludzkiego sądu na ciebie... jeśli ona mnie usłucha!
Zwrócił oczy na Magdę i spytał:
— Usłuchasz?
— Nie! — odparła stanowczo. — Nie ma nikt prawa bezkarnie uczynić człowiekowi tyle złego, ile ona ci zrobiła. Można darować postępek z szału lub moralnie karać istotę, która ma sumienie i serce. Ale ona czyniła źle z wyrachowaniem, a sumienia nie ma. Dla takich — są kryminalne sale i więzienia.
Baronową zimny dreszcz przejął; wzrok jéj stał się omal nieprzytomnym z trwogi. Wlepiła