Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


uchwyciła jednakże, uśmiech jéj o cień jeden stał się bardziéj drwiącym.
Ale już baronowa ozwała się swobodnie:
— Mam do pani pretensyę. Zostałam obdarzona przezwiskiem wcale nie pochlebném. Zkąd mi pani daje własności trujące?
— Przeciwnie, to właśnie dowód, żem uznała pani piękność: Bella donna.
— A nie boi się pani jéj trucizny za przezwisko?
— Nie. Bardzo tytko nierozsądne i głodne ptaszki biorą się na te jagody. Ale któż to pani mój żart powtórzył?
— Ach, nie pamiętam nawet. Wbrew przysłowiu jest pani bardzo lubiana i poważana w kraju własnym i nie ma pani wrogów.
— Bo i ja wszystkich lubię. Jestem dzieckiem krakowskiém i bardzo gród swój kocham.
— I nie jest pani belladonną! — w zamyśleniu poważném wymówiła baronowa.
Chwilę milczały, aż piękna pani rzekła żywo:
— Chciałam spytać pani o nazwisko pani siostry. Wczoraj powiedziała mi je i wydało mi się znaném.
— Osiecka. Mąż jéj służył w ułanach i umarł młodo wskutek porażenia słonecznego w czasie manewrów. Zaledwie go pamiętam.
— Ma syna?