Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ależ jedno drugiego nie wyłącza! Miłość daje natchnienie.
— Jak komu; mnie przeciwnie.
— Ba, jeśli ktoś marzy o praczce! — odcięła.
— Lepiéj o praczce, niż o baronowéj. Bo ta rozskubie jego duszę na szarpie i zrobi z nich sobie taburecik lub poduszkę dla pinczera!
— Oho, pan nie znasz Filipa — wtrąciła majorowa. — Nie tak łatwo go rozskubać! Da sobie radę.
— Zresztą, co tam! — machnął ręką Oryż. — Człowiek po to żyje, by się zmarnować. Więc, czy się zmarnuje od knajpy, czy od buduaru, od długów czy od perfum... to rezultatu nie zmienia.
— Panie Andrzeju, bez urazy, ale przyjdź pan do szkoły na parę lekcyi katechizmu — rzekła majorowa żartobliwie. — Nauka niedługa, nietrudna do pojęcia, a równie skuteczna, jak rózga, na którą, niestety, już pan za stary.
— Dziękuję pani i skorzystam, skoro pani rozszerzy swój zakład i na chłopców.
— A wie pan, że już o tém myślę. Ksiądz Walery bardzo mnie do tego namawia. Tylko w tym domu za ciasny lokal.
— Dzięki Bogu. Mam jeszcze czas powałęsać się nad Rudawą, zanim mnie pani do katechizmu zapędzi.
Obiad był spożyty. Powstali tedy i przeszli do saloniku. Majorowa przyniosła stos dziecięcych ze-