Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dotąd podróżował tylko z subretkami. Myślałam, że zrozumiesz sam, iż w Wenecyi ludzie z towarzystwa wynajmują pałace, a hotele zostawiają bankrutom i biedakom! Ten pałac oto — pewnie do wynajęcia? Eh, gondoliere?
Zawołała i spytała o nazwę pałacu. Podobał się jéj i goniła za nim wzrokiem. Filip rękę jéj do ust podniósł. Śpiew go upajał, namiętność ogarniała coraz potężniéj.
— Moja pani będzie jutro miała pałac — szepnął. — Dlaczegoś wcześniéj nie zażądała? Ty wiesz, żem niepoczytalny. Ni myśléć, ni zająć się czém inné nie zdołam — tylko tobą.
Uradowała ją obietnica. Raczyła się uśmiechnąć i wesoło dawała resztę poleceń.
— Jeśli ten nieumeblowany, pozwalam ci wybrać inny; byle tu niedaleko i byle mi było wygodnie. Służbę sama dostanę, ale gondolę powinniśmy miéć własną, — całe gospodarstwo nasze. Nam tu tak dobrze: zostańmy, ale bądźmy jak w domu!
— A wśród służby ja będę! Wybierzesz mnie, czy mam się wprosić gwałtem? — rzekł, obejmując ją ramieniem.
— Będziesz, będziesz majordome! — odparła zalotnie.
Zgoda zapanowała. Cały wieczór była rozkoszna, uszczęśliwiona, że może zbytkowi męża pokazać swój zbytek.