Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Baronowa skrzywiła się.
— Znowu nie wiem, czy pani drwi, czy mówi seryo?
— Pani trochę zmieniła pozycyę lewéj ręki. Odrobinę wyżéj, jeśli łaska. Tak, dobrze.
— Pani się nigdzie w świat nie wybiera?
— Téj zimy nie. Mam mnóstwo zamówionych portretów i lubię swój Kraków.
— I ja tu zimuję, niestety! Matka z roku na rok jest skąpsza. Nie rozumiem, co będę robiła tu, w téj dziurze, przez tyle miesięcy!
— Tak, gdy się nawyknie do ruchu i zmian, trudno bez tego się obejść!
— Pani-bo szczęśliwa: ma swoją sztukę. Żebym ja umiała tworzyć, życie inaczej-by poszło. Ale a tylko umiem naśladować, i to mnie doprowadza do rozpaczy. Z nudy wzięłam się teraz do czytania i muzyki, ale to mi nie wystarcza. Czy pani maluje cały dzień?
— O nie! Wstaję bardzo rano i odbywam dalekie spacery. Pracuję do obiadu, potém odwiedzają nas znajomi. Wieczorem, gdy jesteśmy same, czytuję głośno siostrze lub gram. Życie jak w zegarku. Zresztą siostra nie daję mi próżnować!
— Pani Osiecka ma szkołę podobno.
— Ach, to jéj konik. Zbiera między opłotkami dziatwę ubogą i dziką, i musztruje to stadko do południa. Co za tragikomiczne bywają codzień w tém