Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na cmentarz. Powiedział pewnie sobie: nie głupim czekać sprawiedliwości, wolę dezercyę.
Został tedy syn, który świeżo się ożenił i, o niczem nie wiedząc, spędzał miodowe miesiące na drugim folwarku. Zjechał na wieś po śmierci rodzica i otrzeźwiał rychło ze swojego miłosnego upojenia, gdy się dowiedział, jak się rzeczy mają. Zbuntował się na losy i pociągnął radcę przed sąd, czem mu tylko sprawę nabycia jeszcze ułatwił. Radca tak świetnie rzecz przedstawił, że po kilku miesiącach, wydarł Boińskim nietylko majątek, ale i opinię.
Teraz około Buczacza wié każdy, że oni byli oszuści; brali pieniądze, sprzedali Sokolin i oczernili radcę: ojciec — prochem ze staréj rusznicy, syn — niesłusznemi pretensyami.
Poszedł tedy Stefan Boiński w świat, a radca odrestaurował Sokolin i kazał sobie ich tarczę wymalować na powozie. Nikt nie protestował i tak się to utarło, że baronowa gotowa była przysięgać, iż ten herb praszczur jej zdobył pod Płowcami.
No, wprawdzie krwią go nie zapłacił, ale to tylko wina rusznicy, bo okazya była świetna zginąć śmiercią walecznych w obronie ideału i zasad!
— Więc ta kobieta jest synową starego?
— A tak. Stefan był sobie nieuk, jak przeciętny szlachcic, siedzący na roli. Po krachu stracił głowę i, nie wiedząc co robić, wstąpił do wojska, a że lubił trąbkę, został w muzyce. Żona zarabiała szyciem.