Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nieciekawe było życie; aż się wreszcie przeziębił, kilka miesięcy pokwękał i kipnął. Wdowa chciała wrócić do stron rodzinnych; ma tam jakąś ciotkę starą, ale nie śmiała jéj prosić o pieniądze na drogę, chciała je sobie zebrać... no, i daléj sama pani widziała epilog. Byłem tam dzisiaj i rozpytywałem o szczegóły. Ta ciotka jest sławna sknera i gderaczka, bez protekcyi nie można do niéj trafić, gotowa z przed bramy wypędzić. Otóż chyba napiszę do stryja księdza.
— Ano, to pisz pan, nie zwlekając.
— Aha, albo to on mi uwierzy? Posądzi o najgorsze, jak zwykle. Ja myślę, że pani napisać powinna.
— I owszem! Napiszę, iż dowiedziawszy się od pana o jego szlachetności i chrześcijańskich cnotach...
— Ale zaraz! A to ci pani wpadnie! On będzie myślał, że to drwiny. Jabym miał klechę okarmiać takiemi słodyczami! Oho, tego się on po mnie nie doczeka. Niech pani nawet o mnie nie wspomina; to będzie skuteczniéj. Proszę mu obiecać odnowienie fresków w kaplicy; na to się złapie! A najlepiéj niech pani poradzi krótko i węzłowato, żeby téj staréj dewotce nie dał rozgrzeszenia, jeżeli Boińskiéj z dzieckiem nie przygarnie, i basta!
— Wié pan? może mu doradzić odrazu, żeby ją wyklął z ambony! — śmiała się Magda.